„Budujemy nowy dom. Odbudowa Warszawy w latach 1945-1952”

Wstecz

Album Budujemy nowy dom. Odbudowa Warszawy w latach 1945-1952 autorstwa znakomitych varsavianistów Jerzego S. Majewskiego i Tomasza Markiewicza powstał na podstawie cieszącej się ogromną popularnością wystawy prezentowanej w DSH w 2011 roku. Publikacja jest całościową, krytyczną analizą działalności Biura Odbudowy Stolicy, obejmującą zarówno niekwestionowane zasługi BOS-u w rekonstruowaniu zburzonego miasta, jak i decyzje, które do dziś budzą żywe spory. Autorzy przedstawiają kolejno ogrom zniszczeń wojennych, powstanie oraz strukturę Biura Odbudowy Stolicy, pierwsze realizacje Biura, rekonstrukcje warszawskich zabytków, a także liczne wyburzenia (w tym ocalałych obiektów).

W książce wykorzystano spuściznę Archiwum Biura Odbudowy Stolicy, które w 2011 roku zostało wpisane na listę Programu UNESCO „Pamięć Świata” oraz zdjęcia Karola Pęcherskiego, dokonującego inwentaryzacji fotograficznej zniszczeń na zlecenie BOS. Przy okazji przygotowań do wystawy i towarzyszącej jej publikacji uratowano ponad 12 tys. jego negatywów, przedstawiających zniszczoną Warszawę z lat 1945-1947. W albumie znajdują się również fotografie Zdzisława Wdowińskiego, materiały pochodzące z zasobów agencji Forum, w tym dzieła tak uznanych fotografów jak Edwarda Falkowskiego i Zbyszka Siemaszki oraz zbiory rodzin architektów pracujących przy odbudowie, które nie były prezentowane na wystawie.

Przystępny język przy nowatorskim ujęciu problematyki, bogata warstwa ikonograficzna wraz z unikatowymi – nie prezentowanymi wcześniej szerszej publiczności – zdjęciami, wysmakowana oprawa graficzna oraz teksty w dwóch językach – polskim i angielskim, czynią pozycję atrakcyjną tak dla znawców tematyki, jak i szerokiego grona odbiorców.

W 2012 album ozostał nominowany do Nagrody  Literackiej m.st. Warszawy, a w 2013 roku otrzymał Nagrodę KLIO III stopnia w kategorii varsaviana.

Rozmowa z Tomaszem Markiewiczem, współautorem albumu i wystawy Budujemy nowy dom

 

Styczeń 1945 rok. W lewobrzeżnej części Warszawy zniszczonych jest około 80% budynków, gruzy nieraz sięgają poziomu pierwszego piętra. Pojawiają się pomysły przeniesienia stolicy do innego miasta. Podjęto jednak decyzję o odbudowie na niespotykaną dotąd skalę. We wstępie do wystawy – razem z współautorem Jerzym S. Majewskim – pisze Pan, że „warszawiacy wracając zagłosowali za odbudową nogami”, ale czy rozstrzygające nie okazało się to, że na gruzowisku można było zbudować zupełnie nowe, wzorcowe socjalistyczne miasto?  

W oficjalnych dokumentach z tamtego czasu, relacjach Michała Kaczorowskiego (ówczesnego ministra odbudowy) czy Leona Chajna (wiceministra sprawiedliwości Polski Lubelskiej) wiele jest przesłanek wskazujących na to, że odbudowa Warszawy nie była przesądzona. Ortodoksyjnym komunistom z KPP-owską przeszłością, którzy chętnie widzieliby Polskę w objęciach Józefa Stalina, nawet wprost jako republikę radziecką, bardzo podobała się czerwona, robotnicza Łódź w przeciwieństwie do kojarzonej z sanacją i przedwojenną Rzeczpospolitą Warszawy. Do tego nie bez znaczenia były prozaiczne względy: dla świeżo upieczonych urzędników w ciasnych mieszkankach w Lublinie, przeniesienie się do – prawie nie draśniętej wojną, z dużymi, wolnymi  mieszkaniami po Niemcach i Żydach –  Łodzi,  było dużą pokusą. I choć rozpatrywano to jako tymczasowe rozwiązanie, to przecież wiemy doskonale, czym się w Polsce kończą prowizorki. Dla Warszawy byłoby to bardzo niekorzystne, nie znalazłyby się takie środki na odbudowę. Ten pomysł nie doszedł do skutku, ponieważ Stalin potrzebował rządu tymczasowego w Warszawie i Polski z przedwojenną stolicą. To był po części moment rozstrzygnięć, po części gry pozorów.  Utrzymywano przecież jeszcze legalną opozycję, Bolesław Bierut był prezydentem RP (urząd prezydenta zlikwidowano dopiero w 1952),  nową nazwę państwa – PRL – również wprowadzono  dopiero razem z przyjęciem stalinowskiej konstytucji w 1952 roku. Stalinowi przed Jałtą zależało na tym, żeby stworzyć wrażenie, że zostaje zachowana pewna ciągłość państwa polskiego i najprawdopodobniej to okazało się rozstrzygające dla utrzymania stołeczności Warszawy.

W pewnej mierze do tej decyzji przyczynili się i warszawiacy, którzy nie czekając na to co powiedzą władze, zagłosowali za odbudową stolicy nogami. W styczniu 1945 roku w mieście pojawili się warszawscy rozbitkowie. To było wtedy miasto zamarzniętych ruin, nie pojawiali się więc jeszcze żądni karier, nie było już też czego szabrować. Przyszli niemal wyłącznie ci, którzy byli z Warszawą związani, sprawdzali czy ocalały ich kamienice, próbowali odnaleźć swoich bliskich. W ciągu pierwszego kwartału wróciło prawie 100 tys. osób, to musiało dać politykom do myślenia, pojawiła się nadzieja, że będzie z kim to miasto odbudować.

No i oczywiście rezultatem wojny i Powstania Warszawskiego były tak ogromne zniszczenia, że niesłychanie łatwo mogła wygrać koncepcja wykreowania nowego socjalistycznego miasta. I rzeczywiście – idea „nowy człowiek, nowe społeczeństwo, nowe miasto” zaczęła być realizowana.

3 stycznia 1945 roku zostaje podjęta decyzja o utrzymaniu stołeczności Warszawy, w lutym powstaje Biuro Odbudowy Stolicy. BOS był niejednorodną instytucją. W skład zespołu weszła skupiona wokół Jana Zachwatowicza i Piotra Biegańskiego grupa architektów nazywana „zabytkarzami”,  ludzi z przeszłością w AK, będących w opozycji do „modernizatorów”, czyli osób związanych ściśle z nową władzą, z kierownikiem BOS Romanem Piotrowskim i jego zastępcą Józefem Sigalinem na czele. Te dwie grupy miały różne wizje miasta, jak ten konflikt wpłynął na odbudowę?   

       

            „Zabytkarze” to były osobowości wielkiego formatu, reprezentujące to, co najlepsze w przedwojennej inteligencji. Myślę tu przede wszystkim o prof. Janie Zachwatowiczu, Piotrze Biegańskim, ale też wielu osobach przyciągniętych przez nich. To ludzie niezwiązani z żadną formacją komunistyczną czasów przedwojennych lub okupacji, ludzie z piękną przeszłością w AK. Zachwatowicz był też człowiekiem wielkiej cywilnej odwagi. Dokonał rzeczy niebywałej jak wykradzenie w 1939 roku z siedziby gestapo skrzyń ze zbiorami Centralnego Biura Inwentaryzacji Zabytków w Polsce, które nawiasem mówiąc pomogły w powojennych rekonstrukcjach. Natomiast stojący na czele BOS-u i jego Wydziału Urbanistyki i Architektury, Józef Sigalin i Roman Piotrowski poszli bezkrytycznie na współpracę z komunistami. „Moderniści” mieli bardzo doktrynalny stosunek do odbudowy i tradycji, nie liczono się z przyzwyczajeniami mieszkańców i przeszłością miasta. Tam musiał się więc zdarzyć ostry konflikt. BOS  zaczął działać w czasach, gdy komuniści nie czuli się jeszcze zupełnie pewnie i w niektórych sferach byli gotowi do kompromisów. Szczęśliwie „zabytkarze” potrafili to wykorzystać. Środowisko Zachwatowicza walczyło o odtworzenie dzielnicy zabytkowej, początkowo negocjowano niewyobrażalnie duży z dzisiejszej perspektywy rejon, bo aż 11 km kw., w granicach których znajdowała się  m.in. część Woli, Ochoty  czy Górny i Dolny Mokotów. Plan ten uwzględniał dwie historyczne osie: Saską i Stanisławowską oraz wyodrębnienie zespołów zabytkowych na Bielanach, Marymoncie i wielu innych. W toku targów z władzami i „modernistami” idea odtwarzania i zachowania drastycznie się skurczyła do Starego i Nowego Miasta oraz części Traktu Królewskiego. To jednak i tak był wielki sukces w tamtych warunkach. I tu – nie wiem, czy mogę mówić o fortelu, bo już o to nie zapytamy prof. Zachwatowicza – ale Zachwatowiczowi  udało się przekonać Bieruta, że wokół odbudowy dzielnicy zabytkowej można zjednoczyć polskie społeczeństwo i warszawiaków. Tak się zresztą w pewnej mierze stało. Kiedy później zaczęto odchodzić od odbudowy, postawiono na socrealizm czy w latach 60. na bieda-modernizm, to budziło w dużej części społeczeństwa spore rozczarowanie. Ten gest umiejętnie powtórzył wiele lat później Edward Gierek, odbudowa Zamku Królewskiego, na którą – w przeciwieństwie do Gomułki – wyraził zgodę, kolejny raz zjednoczyła Polaków.  Stare i Nowe Miasto oraz odbudowana część Traktu Królewskiego nie wyglądają jednak tak jak przed 1939 rokiem.

Zdecydowano się na ujednolicenie stylowe, co zresztą po części było realizacją postulatów przedwojennych. Warszawę bardzo wyróżniał klasycyzm. Przede wszystkim jednak jedynie Warszawa „postępowa” była do przyjęcia dla komunistów, secesję i eklektyzm uważano za kierunki zachowawcze i burżuazyjne. Starano się więc odtworzyć miasto z obrazów Canaletta, Nowy Świat z czasów Królestwa Kongresowego.  Z dzisiejszej perspektywy ta część Traktu Królewskiego wygląda już nieco prowincjonalnie, w ten sposób przecież cofnięto rozwój miasta o 150 lat. Szkoda wielu budynków czy detali. Krakowskie Przedmieście zostało właściwie wykastrowane z  pozostałości z drugiej połowy XIX wieku. Rozebrano m.in. zachowaną w dość dobrym stanie 6-piętrową kamienicę pod Messalką, nie ma charakterystycznego dla Nowego Światu hotelu Savoy. Mimo że świadomie naruszono obowiązującą wtedy doktrynę konserwatorską sprzeciwiającą się rekonstrukcjom, to jednocześnie hołdowano zasadzie, że zabytkiem jest to, co pochodzi sprzed 1850 roku. Dlatego nie miał szans na odbudowę Pałac Jabłonowskich przy placu Teatralnym, czyli ratusz, zapamiętany przez warszawiaków w formie z ostatnich dekad XIX wieku. Za to już klasycystyczny Pałac Staszica został odbudowany, choć ze zmienioną elewacją.

Pomijając już warunki polityczne, trzeba także pamiętać, że przekonanie o tym, że każdy budynek jest świadectwem historii miasta, pojawiło się później. W połowie XX wieku nie tylko w Polsce secesja i eklektyzm były w pogardzie. Zachwatowicz, mimo że jak większość urbanistów tamtych czasów, nie cenił – delikatnie mówiąc – architektury drugiej połowy XIX wieku, w pewnym momencie nawet zaczął się zastanawiać, czy jednak nie zachować pewnych budynków. Ale nie było na to wtedy szans.

 

Wspomniał Pan o rozbieraniu kamienic nadających się od odbudowy. Dekret Bieruta1  de facto służył wywłaszczeniu  i ubezwłasnowolnieniu właścicieli. Wiele bardzo krytycznych opinii o BOS-ie  to wynik wyburzania przez Pogotowie Budowlane BOS również  tych budynków, które można było uratować.  Jaka była skala nieuzasadnionych stanem technicznym wyburzeń? I co  –  poza słusznym lub niesłusznie ideologicznie stylem – decydowało o niszczeniu jednych budynków, a zachowaniu innych?        Wyburzono bardzo dużo nadających się do odbudowy kamienic. Trzeba tutaj jednak zadać sobie pytanie: do kogo należało miasto w 1945 roku?  Do 1944 roku Warszawa jeszcze w pewnej mierze należała do mieszkańców. Niemcy mimo ograniczania prawa własności, wciąż jednak w wielu sferach je respektowali. Przed wojną, za prezydentury Stefana Starzyńskiego do miasta należało zaledwie 860 nieruchomości (i to wliczając składy materiałowe, czy nawet szalety), a w rękach prywatnych było ponad 23 tys. nieruchomości i ponad 40 tys. parceli. W wyniku dekretu Bieruta te proporcje niemal się odwróciły. Miasto przeszło więc w ręce polityków i urzędników. Nawet jeśli jeszcze był właściciel domu niesłusznie zakwalifikowanego do rozbiórki, to nie miał właściwie szans, żeby dom wybronić. To była przecież  władza przeciw obywatelom. Żądanie wtedy od właścicieli szybkiego zabezpieczania budynków, od ludzi, którzy wracali fizycznie wycieńczeni, z obozów koncentracyjnych i bez niczego, było absurdem i oczywiście pretekstem, żeby przejąć budynek.

Jak to często bywa, do tego dochodzą jeszcze bardzo prozaiczne powody – przemysł rozbiórkowy, budynki były bowiem jeszcze rozbierane przez prywatne firmy. Zdarzało się, że wyburzając jeden budynek specjalnie zarysowywano drugi, żeby i ten zakwalifikować do rozbiórki. Przeglądając archiwum BOS natknąłem się na informacje o zarzutach korupcyjnych. Można się domyślać, że byli chętni na materiały rozbiórkowe, działał przecież czarny rynek i pewnie jakaś część decyzji o rozbiórkach była też efektem łapówek.

Niektóre kamienice przetrwały, bo miały szczęście. Jerzy Kasprzycki opisywał budynki przy Kruczej, zachowało się pięć, choć przeznaczono je do rozbiórki. W jednym z nich mieszkał wysoki oficer UB i zwyczajnie nie pozwolił na wyburzenie. Kolejne budynki były zajmowane przez różne resorty. Część zamieszkanej zabudowy uratowała niewydolność ekonomiczna systemu. Nie dało się zapewnić wszystkim mieszkań, a przecież nie wypadało wyrzucać  ludu na bruk.

Bardzo przykre jest również to, że chyba tylko Warszawa jest przykładem celowej dewastacji, obtłukiwania wystroju kamienic. W innych miastach bloku sowieckiego tak się nie działo, w Wilnie, Lwowie, miastach byłej NRD, w każdym razie nie na taką skalę. U nas uważano, że można dewastować, bo stare jest brzydkie, burżuazyjne, kapitalistyczne. I coś z tego braku szacunku dla przeszłości, ciągłości, do dziś w Warszawie zostało, to straszne dziedzictwo.

Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku wyburzono Sobór św. Aleksandra Newskiego na Placu Saskim, który poprzez usytuowanie w centrum miasta, wielkość, skalę i obce wzorce architektoniczne był symbolem rosyjskiej dominacji. Ironią historii wydaje się fakt, że ten sam symbol,  tyle że już władzy sowieckiej, wrócił w postaci Pałacu Kultury.  W dodatku w bardziej przytłaczającej skali i  – co ważniejsze – budowa zmieniła siatkę ulic, wyburzano całe kwartały. Jak to wpłynęło na całe miasto?

Były dyskusje czy rozbierać sobór, Stefan Szyller przygotował nawet projekt zaadaptowania go na monumentalną świątynię katolicką, ale to była budowla trudna do oswojenia, szalony symbol bardzo agresywnej rusyfikacji, więc ogromna część warszawiaków się bez żalu z nim rozstała.

Geniusz zła Stalina polegał m.in. na umiejętności wyciągnięcia wniosków z historii z soborem. Zafundowano więc nam monumentalną świecką katedrę, która jest trudna do zastąpienia. Mieszczą się tam przecież 3 teatry, muzeum, pałac młodzieży, największa zadaszona sala koncertowa. Warto tu dodać, że Stalin generalnie umiał wyciągać wnioski z historii, co znacząco wpłynęło na kształt Warszawy. Powstanie Warszawskie jest jedną z przyczyn pojawienia się tylu szerokich ulic i pustych przestrzeni w centrum. Trudno byłoby tu zbudować barykady. Wnioski z powstania sprawiły również, że Stalin zdecydował o zamknięciu dostępu do studni oligoceńskich, przecież tajemnicą 63 dni powstania był niezależny dostęp do wody i nieprzypadkowo jak system komunistyczny zaczął się trząść, to nagle okazało się, że pod ulicami płynie dobra woda.

Wracając do samego placu Defilad, bardzo się upierano przy jego szerokości i utwardzeniu, co może wskazywać, że miał on być zapasowym lotniskiem, które w razie potrzeby ułatwiłoby szybkie przerzucenie jednostek wojskowych. Budowa Pałacu i tak wielkiego placu oznaczała zmianę siatki ulic, likwidowanie zastanej tkanki miejskiej,  zmianę nazewnictwa.  To wszystko były celowe działania. Podobnie przecież niszczono inne części miasta, m.in. sąsiednie Wolę i Grzybów,  nie ma tam już tak charakterystycznych ulic jak Mylna czy Rynkowa. Pałac znakomicie wpisywał się w koncepcję zacierania śladów po przedwojennej stolicy.  Władze komunistyczne nie chciały, by cokolwiek przypominało dawną Warszawę, by zostały punkty odniesienia.  A dla nowych mieszkańców, historia i tradycja miasta miała być już kompletnie nieczytelna, obojętna, poza ich emocjami. Nowy mieszkaniec miał wiedzieć, gdzie jest ulica Świerczewskiego, a gdzie plac Komuny Paryskiej i z takim socjalistycznym miastem miał się identyfikować.

 

Swoista inżynieria społeczna, o której Pan mówi, to nie tylko zacieranie materialnych świadectw przedwojennej Warszawy, ale i polityka dotycząca mieszkańców. Powrót do stolicy rodowitym warszawiakom utrudniano poprzez prawo meldunkowe, dekret Bieruta wywłaszczył właścicieli i był ciosem w mieszczaństwo. Co to oznaczało dla warszawian i Warszawy?

Dekret Bieruta oddał to miasto we władanie urzędnikom, którzy zresztą do dziś nie umieją go nam urządzić, bo prawdziwe miasta to te należące do mieszkańców, a nie skupiska, w których życie wymyśla się w urzędach. Zablokował również prywatną odbudowę. Jeszcze na Chmielnej (od Nowego Światu do Marszałkowskiej) udało się przywrócić miejską tkankę prywatnymi rękami, ale niestety – poza wyjątkiem jakim są świątynie, nawiasem mówiąc odbudowane w ponad 90% – indywidualne inicjatywy rzadko mogły być realizowane.

Poza tym komuniści utrzymując wojenne prawo kwaterunkowe blokowali powroty, szczególnie niemile widziane były elity, inteligencja, mieszczaństwo. Tym, którzy już tu byli, często starano się tak utrudnić życie, żeby sami zdecydowali o wyjeździe. Tak się zdarzyło m.in. ze znakomitym i  zasłużonym dla Warszawy architektem i urbanistą Romanem Felińskim, który w końcu wyjechał na Ziemie Zachodnie i odbudowywał Wrocław. Proszę zauważyć, że w tych miastach, do których wróciła większość mieszkańców udało się utrzymać pewną tradycję miejską, ciągłość. Tak jest w Gdyni, Poznaniu, Krakowie.

Wspominałem już, że w początkach 1945 roku wróciło prawie 100 tys. mieszkańców. To byli ludzie z różnych warstw społecznych, ale bardzo związani z miastem. Później wielu zorientowało się, że to już nie będzie ta Warszawa. Działało Biuro Przesiedleńcze i tylko w 1945 roku 65 tys. warszawian zdecydowało się wyjechać na Pomorze, Warmię czy Śląsk. Nieprzypadkowo w Lidzbarku Warmińskim, Lęborku czy Słupsku są warszawskie nazwy ulic jak Krucza czy Hoża.

Ze skutkami polityki wypychania rodowitych warszawian z Warszawy borykamy się do dziś. Po 1989 roku inne kraje i miasta bloku sowieckiego jak Litwa, Łotwa, Estonia, Czechy w wielu symbolicznych sprawach nawiązywały do okresu sprzed 1939 roku, w Warszawie tak się nie stało. Nawet komuniści wykonali kilka gestów wobec starych warszawiaków, jak choćby nazwa kawiarni Szwajcarskiej, która znajdowała się niemal tam, gdzie przed wojną, Adria z dancingiem na Moniuszki, czy też restauracja Staropolska na Krakowskim Przedmieściu, gdzie m.in. w 1920 roku stołował się Charles de Gaulle.  A my dziś nie potrafimy, czy nie chcemy nawiązywać do czasów przedwojennych. To jaskrawo ukazuje charakterystyczną cechę Warszawy zdobytej przez totalitarny system, to przerywanie ciągłości, nawet po końcu systemu. Widać to nadal w zmianach nazewnictwa ulic, stosunku do historycznych miejsc, nawiązywaniu do historii. Brakuje refleksji, że to są niesłychanie ważne rzeczy dla tożsamości mieszkających w tym mieście ludzi, a nawet dla jego przyszłości. To właśnie wynik tego kataklizmu, jakim dla miasta jest mała liczba rodowitych mieszkańców. Nie ma komu Warszawy bronić, chronić lokalną tradycję, pamięć, historię.

Na kształt odbudowy wpływały różne, zmieniające się trendy. Mariensztat to stylizacja  na skromne kamieniczki z XVII i XVIII wieku, WSM na Kole to typowe osiedle modernistyczne. Proste bryły również modernistycznego początkowo Muranowa, z nadejściem socrealizmu obłożono ozdobami, tralkami, kolumienkami. Tyrmand twierdził, że wygląda to jak bal przebierańców pacjentów szpitala psychiatrycznego, funkcjonalistyczne budynki przebrane za Juliuszów Cezarów. Z kolei monumentalny MDM to już wzorcowy socrealizm.  Która z tych tendencji odcisnęła największe piętno na odbudowie?

Pierwsze lata  po wojnie to inwestycje nawiązujące do lat 30., konstruktywizmu, funkcjonalizmu. Dzielnica biurowa między placem Trzech Krzyży a Kruczą, Hożą i Żurawią mogłaby stać równie dobrze we Francji czy Stanach Zjednoczonych. Budownictwo mieszkaniowe, WSM na Żoliborzu i Mokotowie, to nawiązanie do przedwojennych idei miast-ogrodów i osiedli społecznych. Kolejny trend to socrealizm.  MDM czyli sztandarowy projekt w tym stylu, mimo odstręczającej dziś otoczki ideologicznej jest całkiem przyzwoitą, wielkomiejską realizacją, tylko lokalizację ma przykrą. Ceną za MDM było zniszczenie wielu zachowanych kamienic wielkomiejskich, które stanowią o klimacie takich miast jak Praga, Budapeszt czy Wiedeń.  Zlikwidowano całą nieparzystą pierzeję Marszałkowskiej na odcinku od Placu Konstytucji do Alej Jerozolimskich, a tam właśnie zachowało się ich najwięcej.

Warszawa jest świetnym przykładem ilustrującym cechę tamtego ustroju, który bezustannie posługiwał się hasłami planowości, a jednocześnie niemal żadnego planu nie potrafił przeprowadzić do końca. Poza Starym i Nowym Miastem oraz częścią Traktu Królewskiego, które zostały – też nie w całości, ale w większej części jednak zrealizowane – ani jedno założenie urbanistyczne nie zostało doprowadzone do końca. Wszystkie te projekty są urwane, stąd Warszawa jest tak chaotyczna. System w teorii był planowy, ale w praktyce nie uchwalano planów szczegółowych – nawiasem mówiąc dokładnie tak jak dziś. A odejście od planów ogólnych powodował często jeden telefon, bo to przecież polityka decydowała, a nie jakieś tam plany.

W efekcie nie ma dominującej tendencji, nie ma niczego, co by wyraźnie łączyło Warszawę w jeden organizm. Miasto jest chaotyczne, rozrzucone, ziejące martwymi przestrzeniami. Mamy dzisiaj co najmniej trzy Warszawy. Tę najbardziej autentyczną, choć rozsypującą się, czyli warszawską Pragę, gdzie powstanie trwało zaledwie 1.5 dnia i Niemcy nie zdążyli zrealizować planów zniszczenia.  Mamy tę drugą Warszawę zrekonstruowaną, jeszcze w miłej, ludzkiej skali, czyli Warszawę Zachwatowicza, Biegańskiego, Żaryna i innych. I mamy wreszcie tę trzecią Warszawę, rzekomo nowoczesną, z której chce się uciekać, czyli m.in. Pałac Kultury, Osiedle za Żelazną Bramą, Marszałkowską. I właściwie jedynym w miarę zwartym kompleksem wielkomiejskiej Warszawy przełomu XIX i XX wieku jest enklawa południowego Śródmieścia, choć też pokiereszowana.

Dlaczego zdecydowano się na odwrócenie Warszawy od Wisły?

To dość zagadkowa historia. Wielu urbanistów nie związanych bezpośrednio z nową władzą, było gorącymi zwolennikami zwrócenia się miasta ku Wiśle, marzyły im się bulwary. Z kolei komuniści zdecydowanie chcieli odsunąć Warszawę od rzeki. Rozgorzał tak zaciekły spór, że niektórych wyrzucono z BOS-u, m.in. Lecha Niemojewskiego czy Tadeusza Tołwińskiego. Czasem jeśli nie można znaleźć racjonalnej odpowiedzi na pytanie o decyzje podejmowane w tamtym systemie, wyjaśnieniem mogą być względy natury militarnej. Proszę zwrócić uwagę, że prawdopodobnie to one sprawiły, że trasa W-Z stała się priorytetem i wybudowano ją w zaledwie 2 lata. To przecież był strategiczny kierunek wschód-zachód, na którym bardzo zależało Rosjanom. Nie jest tajemnicą, że na Placu Konstytucji wysokość bram prowadzących w Śniadeckich czy Koszykową pozwala na przejazd czołgom. Nie wiemy, ale bardzo możliwe, że to Rosjanie naciskali na oczyszczenie terenów nad Wisłą, aby łatwiej było się przeprawić na drugi brzeg, czy też by trudniej było go bronić. Bez względu na przyczynę stało się bardzo źle; odbudowując Stare Miasto i Trakt Królewski przywrócono jedną z najpiękniejszych, widzianych z brzegu panoram miasta. A mimo tego Warszawa jest jedną z niewielu, jeśli nie jedyną stolicą, która leżąc nad rzeką, jest od niej odwrócona.

 

Paradoksalnie po Odwilży 1956 roku proces odbudowy został bardzo zahamowany, a w połowie lat 60. przerwany. To wynik różnic między Bolesławem Bierutem a Władysławem Gomułką?         Trudno lubić czy cenić Bieruta, ale trzeba powiedzieć, że na tle innych czołowych przywódców i późniejszych pierwszych sekretarzy wyróżniał się przynajmniej jedną cechą; to na pewno nie był człowiek głupi czy prymitywny.  Czuł też respekt wobec ludzi nauki, architektów, niewątpliwie szanował Zachwatowicza. Poza tym Bierut wzorował się na Stalinie, który – zresztą jak niemal każdy z dyktatorów –  lubił występować w roli patrona czy demiurga architektury. Pamiętajmy przecież, że Stalin już w latach 30. budował nową Moskwę, a Hitler wraz z Albertem Speerem, swoim nadwornym architektem, projektował Germanię, przyszłą stolicę Wielkich Niemiec zamiast Berlina (jako ciekawostkę dodam, że niektóre z tych pomysłów zostały zrealizowane w Berlinie Wschodnim, tylko  ubrane w socrealistyczny kostium). Bierut nie chciał być gorszy.  W przeciwieństwie do Gomułki był wykształcony i związany z Warszawą, miał staż w stołecznej spółdzielczości. Gomułka ukończył jedynie szkołę podstawową, pochodził z podrzeszowskiej wsi, miał kompleks inteligencji i zwyczajnie nie lubił Warszawy. Inteligencji zawdzięczał swoją karierę po roku 1956, ale mimo tego (a może właśnie dlatego), bezustannie posądzał ją o knucie przeciwko sobie. Był zdecydowanym przeciwnikiem odbudowy Zamku Królewskiego,  który uważał za symbol Polski feudalnej, magnackiej.  Przystopował rekonstrukcje. Bardzo możliwe, że gdyby to Gomułka decydował, Zachwatowiczowi nie udałoby się obronić idei odbudowy dzielnicy zabytkowej.

Kolejny powód to wymiana pokoleń. Po części miała ona charakter naturalny, na emeryturę zaczęło odchodzić pokolenie przedwojennych urzędników, samorządowców, jakich trochę się w instytucjach miejskich jednak zachowało, po części była wymuszana,  starsze pokolenie było rugowane. A zastępowali ich przyjezdni. W połowie lat 60. zaczął się ruch pseudomodernizacyjny. Ocalała z wojny i sprzed wojny zabudowa mocno na tym ucierpiała, kto wie, czy nawet nie bardziej niż w czasach stalinowskich. Szukałem cezur końca odbudowy, ale jak to bywa z tą władzą komunistyczną, gdzie mimo biurokracji wiele decyzji było na telefon, czy ustnie, trudno takie znaleźć. Ale wyraźnie wtedy już widać nową tendencję. Bezwzględnym priorytetem stało się tanie i masowe budownictwo mieszkaniowe, czego najlepszym przykładem jest przerobienie biurowców ściany wschodniej na wieżowce mieszkalne. Proces rekonstrukcji zostaje przerwany.  Nie odbudowaliśmy m.in. Pałacu Brühla i Saskiego, czego efektem jest bardzo rażący brak  płynnego przejścia od zabudowy zabytkowej do współczesnej. Pustka na placu Piłsudskiego jest ogromną wyrwą w historycznym krajobrazie kulturowym miasta. Nie dokończono rekonstrukcji ulicy Długiej, wstawiono jedynie paskudne plomby. Aż do momentu decyzji Gierka o odbudowie Zamku Królewskiego ostatnim zrekonstruowanym budynkiem był otwarty w 1965 roku Teatr Wielki. W 1966 roku zlikwidowano Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy, co było już niewątpliwym sygnałem zakończenia odbudowy. A przecież do dziś nie odbudowaliśmy Warszawy ani Polski z klęski wojennej. I tu dygresja związana z dzisiejszymi czasami – nadal nie zanosi się na to. Znowu wygrywa towarzysz Gomułka. Obawiam się, że ta pustka i chaos w centrum miasta, zawinione przez wojnę i system komunistyczny, długo jeszcze będą straszyć.

Podsumowując – największa zasługa i największa wina BOS-u?

Zasługą jest niewątpliwie odbudowa dzielnicy zabytkowej, nawet w tak okrojonych granicach.  Poza odbudową niezwykle istotne jest, że udała się rewitalizacja. Stare Miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO nie tylko dlatego, że to dobrze wykonana rekonstrukcja, ale przede wszystkim właśnie dlatego, że udało się stworzyć żywą dzielnicę, a nie makietę w skali 1:1. Zachwatowicz zachował autentyczny układ ulic i ich bruk – nawiasem mówiąc właśnie zagrożony jakimiś pomysłami modernizacyjnymi – na tę starą tkankę nałożył zabudowę nawiązująca do starej, ale która jednocześnie zaczęła pełnić rolę nowoczesnego osiedla z wszelkimi wygodami. Przed wojną to były slumsy, jak zresztą wiele starych, szczególnie średniowiecznych centrów europejskich miast. Bardzo często projekty rewitalizacji starych dzielnic w różnych europejskich miastach nie udają się, dzielnice zamieniają się w biurowe pustynie, które wieczorami i w dni wolne zamierają.

„Zabytkarzom” z BOS-u zawdzięczamy więc odbudowaną, żywą Starówkę i Trakt Królewski. Zastanówmy się co mielibyśmy w tych miejscach bez nich? Najprawdopodobniej w najlepszym razie osiedla podobne do tego na Muranowie czy stylizację jak na Mariensztacie. A równie prawdopodobne, że Warszawa przypominałaby  Kaliningrad. Myślę, że pion „zabytkarski” uratował  – oczywiście  jak na warunki systemu  – całkiem sporo z dawnego ducha i krajobrazu miasta.

Zbrodnią był natomiast niesłychanie doktrynalny stosunek do odbudowy i wszystkie decyzje, które z tego wynikały. To że próbowano budować miasto wbrew mieszkańcom, właściwie przeciwko nim, lekceważąc przyzwyczajenia warszawian, lokalną tradycję, niszcząc ciągłość miasta, próbując wymazać jego przeszłość. A przecież nie da się wymyślić zza biurka procesu rozrastania się miasta przez kilkaset lat, miasta w którym się dobrze żyje. To widać w Brasilii, w Evry Ville Moderne pod Paryżem czy właśnie w tej rzekomo nowoczesnej części Warszawy, zwłaszcza na północ i zachód od Pałacu Kultury, to są przecież miejsca, w których wyraźnie czegoś brakuje. Przykre i zarazem zadziwiające jest to, że po 1989 roku nikt nie próbuje tych błędów naprawiać. I normalne miasto nie wraca wciąż do centrum Warszawy. Wokół Pałacu Kultury jak było pusto i hulał wiatr, tak jest nadal. A wujek Stalin z zaświatów z zadowoleniem podkręca wąsa…

 

1 Dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy, znany jako dekret Bieruta. Na jego mocy na własność miasta stołecznego Warszawy przechodziły wszelkie grunty w jego przedwojennych granicach. Dekret dotyczył jedynie gruntów, budynki znajdujące się na nich miały pozostać w rękach dotychczasowych właścicieli. W praktyce lekceważono jego przepisy. Właścicielom zabierano również kamienice lub poddawano je obowiązkowi kwaterunku. Przepisy zmuszały właścicieli do renowacji zniszczonych przez wojnę domów. Jeśli właściciel zwlekał z odbudową lub remontem, dokonywało tego na jego koszt miasto. Do czasu spłacenia należności dom stawał się własnością gminy. W ten sposób zabrano warszawiakom 40 tysięcy nieruchomości, czyli 94 procent miasta w przedwojennych granicach. W miejsce własności gruntów dekret przewidywał wieczystą dzierżawę albo odszkodowanie w miejskich papierach wartościowych, ale to w warunkach ekonomicznych ustroju komunistycznego nigdy nie nastąpiło.