Ostańce. Kamienice warszawskie i ich mieszkańcy – tom 2.

Wstecz

Ostańce 2W drugim tomie przedstawionych zostało osiemnaście kolejnych kamienic, m.in. budynek przy Siennej 55, przy którym na podwórzu został zachowany ostatni fragment muru getta;  dom na Chocimskiej 33, gdzie mieściła się siedziba Biura Odbudowy Stolicy; czy budynek przy Filtrowej 68, w którym Antoni Chruściel „Monter” podpisał rozkaz rozpoczęcia Powstania Warszawskiego.  Podobnie jak w pierwszej części Magdalena Stopa dotarła do osób, których losy nierozerwalnie splotły się z historią opisywanych kamienic, a autorem zdjęć jest Jan Brykczyński.

Pierwsza część otrzymała Nagrodę Literacką m.st. Warszawy w kategorii edycja warszawska oraz Nagrodę Towarzystwa Miłośników Historii za najlepsze varsaviana.

Wydawca: DSH

Ludzie chcą się zakorzeniać – rozmowa z Magdaleną Stopą

Skąd pomysł na książkę?

Magdalena Stopa: – Pomysł narodził się podczas wspólnej pracy z Anną Beatą Bohdziewicz nad Kapliczkami warszawskimi (Anna Beata Bohdziewicz, Magdalena Stopa, Kapliczki warszawskie, Warszawa, DSH, 2009). Szukałam historii kapliczek podwórkowych. Ponieważ źródeł pisanych jest bardzo niewiele, musiałam dotrzeć do najstarszych mieszkańców kamienic, którzy mogli opowiedzieć o ich powstaniu (głównie w latach 40. – w czasie okupacji niemieckiej, Powstania Warszawskiego i bezpośrednio po zakończeniu wojny). Okazało się, że świadkowie mówią nie tylko o kapliczkach, ale i o różnych wydarzeniach, które miały miejsce w tych domach, o swoim życiu, losach sąsiadów, wojnie, latach stalinowskich. Tych wątków było bardzo dużo, a mogłam wykorzystać tylko niektóre.

Stąd książka o kamienicach i ich mieszkańcach. Trop nielicznych materialnych śladów przeszłości był dobrym punktem wyjścia. Moi rozmówcy otwierali się łatwiej, niż gdyby bezpośrednio pytać o ich życie. Opowiadając o najbliższym im, a więc świetnie znanym miejscu, zaczynali mówić o swojej historii. I te opowieści o splecionych losach kamienic i ich mieszkańców wydały mi się nie tylko ciekawe, ale i bardzo ważne. To pokolenie odchodzi, kolejne sypiące się kamienice są rozbierane i zastępowane biurowcami czy apartamentowcami. A przecież w Warszawie przedwojennych domów jest tak niewiele – każdy z nich jest śladem dawnej stolicy, a każda relacja to krok przywracający ciągłość w obrazie miasta.

Czym się Pani kierowała przy wyborze kamienic?

– Początkowo chciałam znaleźć dom w każdej dzielnicy. Zamierzałam też pokazać ciekawe projekty architektoniczne – budynki, które są dziś albo restaurowane, albo stoją zniszczone, a to, że były kiedyś piękne, można poznać tylko po resztkach dawnych kafli czy stiuków. W Śródmieściu takich miejsc jest sporo, ale już na Woli trudno znaleźć ładną kamienicę. Jednocześnie im dłużej pracowałam nad projektem, tym większą wartość dostrzegałam w opowieściach mieszkańców. W końcu do książki weszły więc również domy niespecjalnie interesujące z architektonicznego punktu widzenia, ale za to z ciekawą historią.

Czy któraś poruszyła Panią szczególnie?

– Opowieść dotycząca domu przy ulicy Waliców 14. Budynek jest zupełnie zrujnowany, od wojny pozbawiony frontowej części. Na ślepej ścianie jest największy w Warszawie mural, autorstwa Wiktora Malinowskiego. Ponieważ jego przekaz tak dobrze oddaje ducha mojej książki, poczułam, że muszę o tym domu napisać, mimo że od dawna nie ma w nim ani jednego lokatora.

Okazało się, że z historią tego domu związany jest ojciec mojej koleżanki Mieczysław Małkowski. Tu po utworzeniu getta mieszkała rodzina Dawida Zylberta, szkolnego kolegi Mieczysława Małkowskiego. Zylbert uciekł na aryjską stronę; miał wówczas 12 lat. Zamieszkał w ziemiance nad Wisłą. Mieczysław Małkowski pomagał Dawidowi w tajemnicy przed swoją najbliższą rodziną; przynosił jedzenie i ubrania, pod nieobecność rodziców zapraszał kolegę do swojego domu, by ten mógł się ogrzać czy wykąpać.
Dawid Zylbert przeżył jako jedyny ze swojej rodziny, dziś mieszka w Izraelu. Nie udało mi się z nim bezpośrednio porozmawiać, ale dostałam zgodę na wykorzystanie jego spisanej relacji.

Poruszająca – choć w inny sposób – jest historia kamienicy przy Wilczej 22 i opowieść prof. Henryka Samsonowicza o jego rodzinie. Dziadek, Henryk Korwin-Krukowski, urodził się na Syberii jako syn zesłanego powstańca listopadowego. Wykształcił się w Rosji i tam, pracując w przemyśle hutniczym, dorobił się sporego majątku. Wrócił do Polski i wybudował kamienicę na Wilczej, był jednym z założycieli Politechniki Warszawskiej i Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jeden z jego wnuków, Andrzej Samsonowicz, zginął w Powstaniu Warszawskim jako dowódca plutonu „Alek” w batalionie „Zośka”, drugi, czyli Henryk Samsonowicz, został wybitnym historykiem. W przemianach losów kilku pokoleń tej rodziny symbolicznie odbija się historia Polski.

Zbierając materiały do książki, rozmawiała Pani również z nowymi mieszkańcami. Czy są zainteresowani historią swojego miejsca zamieszkania?

– Większość obecnych mieszkańców kamienic jest z nimi związana od czasów powojennych i rzeczywiście spora część nie zna historii swego najbliższego otoczenia. Nie tylko dlatego, że ci ludzie mieszkają tam stosunkowo krótko. W Peerelu – choć nie dotyczyło to domów osób związanych z nową władzą – świadomie robiono wszystko, by kamienice nie stanowiły prestiżowego miejsca zamieszkania, żeby nie były dobrym adresem. Brak centralnego ogrzewania czy ciepłej wody, zgoda na postępującą dewastację, dzielenie mieszkań, wreszcie dokwaterowywanie osób z zupełnie innych grup społecznych, by kreować konflikty – to wszystko nie było, a w każdym razie nie wyłącznie, skutkiem braku środków i mieszkań, ale świadomą polityką zmierzającą do degradacji tych miejsc. Nic dziwnego, że powojenni lokatorzy rzadko identyfikowali się z kamienicami i – co za tym idzie – nie interesowali się ich historią.
Kamienice wciąż nie są otoczone taką troską, na jaką zasługują. A przecież jest to efektowna i przede wszystkim zabytkowa architektura, wartościowe materialne ślady wiążące nas z przeszłością. Niestety dziedzictwo systemu zacierającego historię jest ciągle obecne. Na szczęście trochę się to zmienia, ale nadal brakuje szacunku dla materialnych śladów dawnej Warszawy, każdego roku podejmowane są decyzje o kolejnych wyburzeniach.

Zmienia się, bo wzrasta zainteresowanie historią lokalną? Oba tomy Ostańców zostały dostrzeżone, nagrodzone, wzbudziły ogromny entuzjazm czytelników, i to nie tylko wśród zapalonych varsavianistów czy starszego pokolenia.

– Tematyka varsavianistyczna zawsze miała swoich miłośników, ale rzeczywiście dotyczyło to raczej osób starszych lub związanych od pokoleń z Warszawą. Czyli tych, którzy z racji własnych tradycji są świadomi historii tego miasta. Od kilku lat – zresztą również dzięki pracy takich instytucji jak Muzeum Powstania Warszawskiego czy właśnie DSH – dołączają do nich grupy osób młodszych i związanych ze stolicą od niedawna. Myślę, że nawet wytworzył się pozytywny snobizm, żeby dowiedzieć się, jak wyglądały pewne ulice, place przed wojną, co przecież w Warszawie jest bardzo trudne. To dobra, pomagająca ludziom w budowaniu własnej tożsamości moda.

Sądzę też, że historia Warszawy jest naznaczona takim dramatem, że porusza inne struny niż tylko te związane z zainteresowaniami stricte historią czy zabytkami. To miasto nie musi spodobać się od pierwszego wejrzenia, ale wraz ze znajomością jego dziejów przychodzi zrozumienie, a z nim często dalsza ciekawość. Myślę, że stąd wśród moich czytelników osoby, które mieszkają tu stosunkowo krótko.

O atrakcyjności książki decydują też fotografie Jana Brykczyńskiego. Sporo jest także zdjęć historycznych, pochodzących z albumów rodzinnych. Przytoczone rozmowy dotyczą nie tylko historii domów i samej Warszawy – to również zapis indywidualnych, bardzo burzliwych losów. Chciałam, by te osobiste wątki w powiązaniu z konkretnymi adresami i zdjęciami sprawiły, że czytelnik, przechodząc obok opisanego domu, dostrzeże nie tylko okruch dawnego miasta i jego urody, ale także człowieka i mikrohistorię, widzianą z perspektywy jednostki. Zależało mi, aby te opowieści chociaż w niewielkiej części wypełniły lukę powstałą w wyniku przerwania ciągłości tradycji miasta.

Ta luka oznacza brak poczucia korzeni. Ludzie chcą ich szukać?

– Sądzę, że tak. Niestety, praca przeciw pamięci i tradycji w dużym stopniu została uwieńczona sukcesem. Oderwanie od korzeni – to zresztą dotyczy nie tylko Warszawy, ale tu widać to bardzo wyraźnie – oznacza, że wielu z nas nie zna historii swojej rodziny, domu, miejsca zamieszkania, wreszcie kraju. Niezrozumienie wartości zabytkowej tkanki, jak w przypadku kamienic, to tylko jeden z wielu aspektów problemu. Nieznajomość historii utrudnia zrozumienie teraźniejszości na wielu poziomach, także społecznym czy politycznym. Obniża też poczucie własnej wartości; człowiek, który wie, co robili jego rodzice, dziadkowie, pradziadkowie, gdzie się wychowywali, jakich wyborów dokonali i dlaczego – jest osadzony w konkretnych realiach. Może chcieć kontynuować rodzinne tradycje, może też się buntować, ale wie, przeciw czemu występuje.

Natomiast ten, który nie zna historii, od tej wielkiej po rodzinną, ani nie może się zbuntować, bo przecież nie wie przeciw czemu, ani nie może niczego kontynuować. Jest nieważki, zawieszony w próżni. Pozbawiony ciężaru gatunkowego, lekki i wiotki, będzie niesiony tam, gdzie zawieje wiatr kolejnej propagandy. Jest niezakorzeniony w najbardziej oczywistym znaczeniu tego słowa. To powoduje brak poczucia słuszności własnych wyborów, brak pewności siebie. Dlatego ludzie chcą się zakorzeniać, czują, że brak korzeni to ogromna strata.

Rozmawiała Magda Lasia 

Więcej informacji o pozostałych tomach: Ostańce część 1, Ostańce część 3