„Warszawiacy nie z tej ziemi. Cudzoziemscy mieszkańcy stolicy 1945-1989” – książka z filmem i audiobook

Wstecz

Bohaterowie książki zamieszkali w Warszawie po II wojnie światowej z rozmaitych powodów. Jedni z wyboru, drudzy z miłości, jeszcze inni – posługując się słowami jednego z bohaterów – „przez przypadek”. Cudzoziemcy, którzy związali się z Warszawą, barwnie opowiadają o swoim życiu w realiach PRL-u. O kolejkach, kuchni, tradycji, o języku, polityce… O tym, że można nauczyć się języka, by zrozumieć jeden wiersz i o tym, że kolor liści na drzewach może zaskoczyć. Ta książka jest lustrem, w którym Polacy, a zwłaszcza mieszkańcy Warszawy, mogą się przejrzeć.

Wspomnieniom towarzyszą prywatne zdjęcia archiwalne i dokumenty oraz współczesne portrety bohaterów. Książka składa się z ułożonych tematycznie fragmentów relacji biograficznych 36 cudzoziemców, zawiera wstęp historyczny i metodologiczny.

Tytuł jest częścią projektu DSH we współpracy z Instytutem Historycznym UW  Warszawa Wielonarodowa 1945-1989. W Archiwum Historii Mówionej nagrano i opracowano 50 relacji cudzoziemców z 20 krajów, którzy wiążąc się na stałe z Warszawą, przyczynili się do wskrzeszenia jej wielokulturowych tradycji. Projekt został zainaugurowany cyklem wydarzeń Warszawiacy nie z tej ziemi, w czasie których można się było spotkać z cudzoziemskimi mieszkańcami stolicy.

Książka jest dostępna także w formie audiobooka. Teksty czytają Danuta Stenka i Adam Ferency.

Do książki dołączony jest godzinny film na DVD – montaż opowieści wybranych bohaterów (wzbogacony o relacje osób, które nie pojawiają się w wersji drukowanej).

Warszawiacy nie z tej ziemi.

Cudzoziemscy mieszkańcy stolicy 1945-1989

Koncepcja i opracowanie: prof. Jerzy Kochanowski

Współpraca: Katarzyna Madoń-Mitzner

Projekt graficzny: Katarzyna Godyń-Skoczylas

DSH, Warszawa 2013

Publikacja dofinansowana ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Wydano z finansowym wsparciem Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Patronat: radio TOK FM

Poniżej do pobrania informacja prasowa.

*****

Projekt Warszawa Wielonarodowa 1945-1989 wraz z książka Warszawiacy nie z tej ziemi odsłaniają niemal nieznany wątek powojennej historii stolicy. Warszawa z drugiej połowy XX wieku jawi się jako jednolita etnicznie z kilku powodów. Po części jest to efekt kontrastu z wielonarodową i wielokulturową  przedwojenną stolicą oraz dzisiejszym miastem, w którym nikogo nie dziwią mieszkający tu cudzoziemcy. Powojenna polityka opierała się na innych fundamentach niż wieloetniczność,  raczej konstruowano  homogeniczny obraz miasta („Cały naród buduje swoją stolicę”). Mimo że w stalinowskich czasach cudzoziemcy byli stałym obiektem zainteresowania funkcjonariuszy bezpieczeństwa i statystyków, to chaos wczesnych lat z masowymi migracjami, zmianami granic – szczególnie obszarów mieszanych etnicznie –  i swobodnym stosunkiem do dokumentów potwierdzających przynależność państwową  oraz nowymi życiorysami, powoduje ogromne problemy z określeniem narodowości. W epoce Gomułki raz tylko podjęto próbę względnie kompleksowego policzenia cudzoziemców. W latach 70. zrezygnowano w ogóle z opracowywania papierowych wykazów, de facto przekazując kontrolę nad tym biurom paszportowym. Wszystko to  – oraz jeszcze wiele innych czynników, których nie sposób tu wymienić – sprawia, że  powojenna Warszawa jest postrzegana jako monokulturowa.

W rzeczywistości w latach 40. i 50. liczba cudzoziemców w stolicy była tylko nieznacznie mniejsza niż przed wojną, a paradoksalnie w pierwszej powojennej dekadzie cudzoziemski krajobraz stolicy był najbardziej zróżnicowany. Z racji konfliktów wynikających z powojennego podziału świata, do mieszkających wcześniej Rosjan, Niemców, Anglików, Francuzów, Włochów dołączyli Hiszpanie, Grecy, Koreańczycy, Chińczycy, Persowie, obywatele Jugosławii. W stolicy nie brakowało również obywateli ZSRR, były to głównie kobiety: dawne robotnice przymusowe pochodzące przeważanie z obszarów okupowanych oraz żony repatriantów z ZSRR. Obok Rosjanek, Ukrainek i Białorusinek pojawiły się Gruzinki czy  Buriatki. Ten obraz zaczął zmieniać się po 1956 roku, kiedy większa liczba kontaktów z zagranicą (głównie krajami socjalistycznymi) zaowocowała nowymi mieszanymi małżeństwami: pojawiły się osoby z Rumunii, Bułgarii, NRD; zaskakująca jest też obecność emigracji zarobkowej, np. z Chin. Od lat  60. na charakter Warszawy zaczęli również wpływać stypendyści, m.in. z Wietnamu, Kuby, Mongolii, Korei Północnej. Napięta sytuacja w ich krajach sprawiała, że wielu z nich zdecydowało się pozostać w Warszawie.

Na podstawie wstępu prof. Jerzego Kochanowskiego do ksiązki.

 

FRAGMENTY

ROZDZIAŁ: DROGI DO POLSKI

Tessa Capponi-Borawska (ur. 1959, Włochy)

Mój pierwszy język to angielski, nie włoski, bo mieliśmy angielską nianię, która była też nianią mojej matki, więc była w naszej rodzinie około czterdziestu lat. I niania, która mieszkała poza Anglią, we Włoszech najdłużej, nie nauczyła się włoskiego. Nursery, czyli pokoje dziecinne, były enklawą kultury angielskiej. Pod każdym względem, nawet jedzeniowym. Wychowana przez pierwsze lata życia w takiej atmosferze i takich realiach, musiałam się potem stykać w sposób dość gwałtowny z rzeczywistością włoską.

(..)

Ta wielokulturowość, w której byłam wychowana i która była mi dana przez rodziców, odegrała bardzo ważną rolę. Moi rodzice zachowali się w sposób bardzo otwarty. Prosili tylko, żebym, zanim się pobierzemy, mieszkała w Polsce chociażby przez jedną zimę. Chyba wiedzieli, o co prosić. Oczywiście byli przerażeni tym, co potem wyszło. Ale nie człowiekiem. Kuba pochodzi z bardzo dobrej, szlacheckiej rodziny i nasze wychowanie było takie samo. Można mówić o różnicach kulturowych, językowych. Natomiast nasz status był identyczny. Myślę, że to, co zaniepokoiło moich rodziców, było tym samym, co mnie by zaniepokoiło, gdyby dzisiaj moja córka mi powiedziała, że wychodzi za mąż za dysydenta chińskiego lub kubańskiego. Czy, powiedzmy, północnokoreańskiego. To są realia, które ich przeraziły. Tym bardziej, że był to obszar kompletnie im nieznany. Moi rodzice nigdy nie byli w krajach Europy Wschodniej, więc nie mieli obrazu tej rzeczywistości. Poza tym był obiektywny lęk. Ale byli mądrymi ludźmi, toteż wiedzieli bardzo dobrze, że nic nie da powiedzenie „nie”. Wiele osób mówiło, że są absolutnie w błędzie i że powinni natychmiast zakazać mi wszelkiego kontaktu, obciąć wszystkie fundusze. Na to mój ojciec powiedział: „Tessa od wielu lat sama zarabia na życie”. Bo to była prawda. Natomiast spotkałam się ze znacznie większym niezrozumieniem wśród moich rówieśników, którzy byli po prostu oburzeni, że ja się decyduję na coś takiego.

Były też trudności organizacyjne i administracyjne. Podczas mojego pierwszego pobytu płaciłam za wizę w dolarach. Miałam na tyle pieniędzy, żeby mieć tę wizę, ale nie można było w nieskończoność, więc starałam się potem o stypendium. Udało mi się wtedy w ATK , na sześć miesięcy. A potem od października 1984 dostałam stypendium rządu włoskiego na napisanie pracy magisterskiej. I to trwało do maja–czerwca 1985. Potem pobraliśmy się i wystąpiłam o kartę stałego pobytu. Dopóki nie wzięliśmy ślubu, było trudno.

ROZDZIAŁ: PIERWSZE WRAŻENIA

Hatif Janabi: poeta, tłumacz (ur. 1951, Irak)

Wyszedłem 24 sierpnia 1976 z pociągu na Dworcu Centralnym i wszyscy ludzie mówili po polsku, a ja nic nie rozumiałem. Kiedy starałem się korzystać z mojej angielszczyzny, też nikt nie reagował. Ale wyglądałem na obcego, w związku z tym zaczęli mi pomagać. Pamiętam jedno – że Polacy byli niesamowicie życzliwi.

Byli mili, gościnni, każdy chciał mnie poczęstować wódką i kiełbasą. To było moje pierwsze wrażenie. Właśnie w pierwszych dniach nauczyłem się, co to jest „pięćdziesiątka” i „setka”. Ja mówię: „Chwileczkę, nie mogę przesadzać. Ja trochę piję, ale tak dużo nie mogę”. – „Ooo, my to tutaj pijemy… Przecież zaraz będzie zima”. – „Jaka będzie ta zima?”. – „Cholerna ta zima będzie”. I rzeczywiście. Okazało się, że nie tylko sroga, ale i cholerna ta zima.

Honory Kiwale (ur. w 1961, Tanzania)

Któregoś dnia obudziliśmy się rano i na zewnątrz leżało coś białego. Po raz pierwszy dotykaliśmy śniegu. Trzymaliśmy go w ręku. Tego roku zima była ostra, przez tydzień były zamknięte szkoły. Czasami nie jeździły tramwaje. Było strasznie ślisko. Mimo rękawiczek i zimowych butów było nam zimno. Ręce, twarz zmarznięte. Uczyłem się oddychać na mrozie. Wiązało się szaliki tak, żeby było widać tylko oczy. Chociaż w akademiku kaloryfery grzały, ale i tak było zimno. Czasami grzał nas dodatkowy grzejnik, ale był problem z korkami. Nie wytrzymywały. Zabierali nam te grzejniki ze względów bezpieczeństwa. W Afryce było 35–39 stopni, temperatura pokojowa – 28 stopni, a tutaj człowiekowi ciągle było zimno.

Carla Tonini (ur. 1949, Włochy)

Byłam zszokowana, że panuje tu powszechna szarość i brak wszystkiego. Budynki, ubrania – wszystko szare. Myślałam: to tak blisko mnie (24 godziny jazdy pociągiem) i raptem jesteś już jakby nie w Europie. Przyjechałam z regionu Włoch, gdzie jest bardzo kolorowo, dużo owoców, słońce, a tu…

Po paru dniach okazało się, że tutaj jest szaro, ale jednocześnie bardzo żywo. Żywe społeczeństwo, bardzo uprzejme, otwarte i że naprawdę można w Warszawie się bawić. Znajomości nawiązywało się błyskawicznie, w odróżnieniu od Anglii czy innych krajów zachodnich. Poza tym było bardzo wesoło, mimo że istniała sprzeczność między codziennym życiem a sztuką dostosowania się, którą Polacy uprawiali każdego dnia. Ja byłam obcokrajowcem, więc mnie w pewnym sensie było łatwiej żyć niż Polakom, bo jak miałam kilka dolarów, to już byłam bogata. Po raz pierwszy byłam naprawdę bogata, mogłam nawet chodzić do restauracji. My, Włosi, byliśmy ciekawi wszystkiego, wszędzie zaglądaliśmy, żeby sprawdzać, jak się tu żyje. To było dla nas naprawdę bardzo dziwne, jak ludzie mogą tak żyć, w takich warunkach. Najbardziej mnie uderzyło to codzienne upokorzenie – trzeba było godzinami stać w kolejce, aż w końcu padała odpowiedź: „Już nie ma”. Byłam naprawdę zdziwiona, ale też miałam dla tych ludzi wielki szacunek.

ROZDZIAŁ: WARSZAWA

Dimitrina Lau-Bukowska (ur. 1937, Bułgaria)

Nie zapomnę przyjazdu do Warszawy. Z okien pierwszego mieszkania męża widać było kolumnę Zygmunta, już w oknie pachniało rurkami z kremem! Ale naprawdę pierwszym wrażeniem z Warszawy był zapach kiszonej kapusty.

To pierwsze mieszkanie Jurka było na Krakowskim Przedmieściu, obok ruchomych schodów i Związku Literatów. Potem Jurkowi, jako literatowi, przydzielili mieszkanie w nowym wówczas bloku na Emilii Plater. Teraz ten dom, otoczony przez wielkie budowle, wygląda jak pudełko od zapałek. Stamtąd wszędzie jest blisko, to jest coś, co się po bułgarsku nazywa machałła – moja dzielnica, ale taka bliska, najbliższa. Warszawa to moje miasto, mimo że w roku mieszkam tutaj pięć miesięcy, poza tym miesiąc w Paryżu, pięć miesięcy w Burgas i znowu miesiąc w Paryżu. Ale kiedy mnie pytają we Francji o moją narodowość, mówię, że jestem z Warszawy.

Annick Cataldi (ur. 1953, Francja)

Ostatnio z koleżanką, Polką, która mieszka blisko, miałyśmy jechać do Śródmieścia. Ona chciała iść przy ulicy, a ja chodzę tylko między blokami, od podwórka do podwórka, w zieleni. Potem powiedziała: „Nie znałam takiej Warszawy”. Jestem przyzwyczajona do dużego miasta i do wody. Bardzo lubię, jeśli w mieście jest rzeka. W Lyonie były dwie rzeki, w Bordeaux był ocean i rzeka, więc w Warszawie bardzo mi się podoba, bo jest Wisła. Pracuję niedaleko rzeki, czasami idę ją zobaczyć. To jest mi potrzebne. Lubię Ogród Saski, park nad Morskim Okiem, Pole Mokotowskie, Łazienki.

Lubię też stare kamienice. Na Chłodnej, przy placu Konstytucji… To jest inna epoka. Kiedy moje znajome odwiedzają Warszawę, to robię za przewodnika. I zawsze najpierw są mozaiki przy placu Konstytucji – zaczynamy od socrealizmu, potem idziemy pod Pałac Kultury, a później na Pragę, gdzie są kamienice z kapliczkami Matki Boskiej. Później idziemy do Hali Mirowskiej i stamtąd tramwajem do Arkadii – to są te kontrasty.

Jeśli chodzi o kulturę, to lubię balet nowoczesny w Teatrze Wielkim, w filharmonii są bardzo ciekawe rzeczy. Lubię Teatr Żydowski, dlatego że tam grają tacy ludzie, że nawet jeżeli nie wszystko się rozumie, bo przedstawienia są w jidysz (jest tłumaczenie po polsku), to na końcu, kiedy żegnają się, widać, że oni są zadowoleni z tego, co robią.

I z tego wszystkiego składa się Warszawa.

ROZDZIAŁ: JĘZYK

Branko Ćirlić (ur. 1916, Jugosławia, obecnie Serbia)

Polski jest z języków słowiańskich najtrudniejszy do nauki. Przynajmniej dla mnie i dla ludzi, z którymi się kontaktowałem. O ile przyswajali sobie jeszcze jakiś język słowiański, to zawsze się skarżyli na polski. Dla mnie też był najtrudniejszy – uczyłem się go z dużym wysiłkiem. Na uniwersytecie w Belgradzie utworzyliśmy Studenckie Towarzystwo Slawistyczne, byłem jego prezesem. Organizowaliśmy wieczory poświęcone kulturze, literaturze, językom różnych krajów. Mówiłem niemal wszystkimi językami słowiańskimi poza polskim. Zorganizowaliśmy wieczór literatury polskiej i między innymi był deklamowany wiersz Tuwima Piotr Płaksin. Czułem, że ma w sobie tyle smutku… ale go nie rozumiałem. Stwierdziłem, że muszę się nauczyć polskiego, żebym rozumiał, co jest w tej pieśni. „Na stacji Chandra Unyńska,/ Gdzieś w mordobijskim powiecie,/ Telegrafista Piotr Płaksin/ Nie umiał grać na klarnecie.” I jak się zakochał, i w końcu umiera: „A na tabliczce jest napis:/ «Duszo pobożna i czysta,/ Pomódl się… Leży w tym grobie/ Piotr Płaksin, telegrafista»”.

Po wojnie, w 1946 roku, przyjechałem z Krakowa do Warszawy, żeby odwiedzić Tuwima. Mieszkał na ulicy Wiejskiej, niedaleko Sejmu. „Wie pan, dlaczego prosiłem o spotkanie z panem?” I opowiedziałem mu całą sprawę. „Żeby zrozumieć pański wiersz, nauczyłem się polskiego.” On wstał, podszedł, objął mnie, ucałował i mówi: „Takiej wysokiej oceny nikt nigdy mi nie wystawił”. Nie mogę powiedzieć, że przyjaźniłem się z Tuwimem, ale spotykaliśmy się przy różnych okazjach. Zawsze serdecznie do mnie podchodził, miał dla mnie duży szacunek. Z powodu wiersza poety uczyć się języka…

ROZDZIAŁ: PRZY STOLE

Tessa Capponi-Borawska (ur. 1959, Włochy)

Restauracje to było duże słowo. W „Europejskim” na rogu Ossolińskich, (…) był taki barek. Tam się chodziło na tatara i na piwo, to było bardzo miłe miejsce. Potem był słynny bar „Flis” na Marszałkowskiej, gdzie dawali bardzo dobre flaki. Ale to było raczej mocne doświadczenie, bo flaki były pyszne, ale towarzystwo za to, no powiedzmy, mocno alkoholowe. Był SPATiF, gdzie chodziło się od czasu do czasu, bar mleczny przy uniwersytecie… Ale właściwie jadało się w domu.

Brakowało dobrej oliwy. Oczywiście, mnie brakowało dobrego makaronu, ale jakoś dałam sobie radę. Były też rzeczy, za którymi tęskniłam we Włoszech podczas moich ciąż – kapusty i ogórków kiszonych. Nie do znalezienia. Tak samo dobrych buraków.  W domu starałam się gotować jak najbardziej po włosku. Natomiast fascynowało mnie to, że jak się chodziło na tak zwane prywatki albo na kolacje do znajomych, to było zawsze bardzo wystawnie. Ludzie się strasznie starali. Bo goście. Musiało być wszystko i dużo, suto.

Zawsze bardzo mi smakowały wypieki domowe. Dla mnie było dość niezrozumiałe, że na przykład jak się szło tylko na herbatę, to człowiek musiał dostać i ciasto, i lody, i galaretkę. I sałatkę owocową. Wszystkiego musiało być dużo. Szczególnie w domach z tradycjami jadło się bardzo dobrze. Ja trafiłam do rodziny Kuby, gdzie naprawdę była wysoka poprzeczka. Do dziś pamiętam torty jego ciotki, trochę jak w kawiarni wiedeńskiej. To były zupełnie inne ciasta niż te, do których byłam przyzwyczajona. I to był zupełnie inny rytuał.

Moje pierwsze spotkanie z nóżkami w galarecie było w Chełmie. Byliśmy na objeździe uniwersyteckim z Kubą. Przyszliśmy wszyscy o szóstej po południu do jakiegoś baru mlecznego, gdzie wszystko było szare. Od talerzy i sztućców po ceratkę i jajko na twardo, które leżało na talerzu, i po galaretkę z nóżek. Wtedy się rozpłakałam. Nawet jajko było szare. Ta galaretka z nóżek była okropna. Okropna. Nigdy nie lubiłam wódki i dla mnie picie wódki było trudne. Piłam z bardzo bolesnymi skutkami. Nie mogłam zrozumieć i nadal nie rozumiem, dlaczego to jest tak, że jak się stawia butelkę na stole, to musi być skończona. Że trzeba się upić. Ja byłam wychowana tak, że wino jest częścią posiłku, więc dla mnie spotkanie, gdzie była wódka i ogórki, mijało się z sensem. To nie jest żadna sprawa moralna, tylko czysto smakowa i obyczajowa.

ROZDZIAŁ: POLITYKA

Mitsushiko Toho (ur. 1943, Japonia)

W Japonii w ogóle nie interesowałem się polityką, bo to był mało ciekawe. Choć były różne ruchy studenckie, rok 1968, kiedy jeszcze studiowałem – koledzy ruszyli wtedy na ulicę z jakimś transparentem. Po przyjeździe do Polski w 1974 roku trochę się to zmieniło, bo tu polityka działa się na ulicach. Każdy z każdym rozmawiał, było dużo kawałów politycznych. Ludzie śmiali się z nich. Ja mało jeszcze rozumiałem, więc na wszelki wypadek zawsze byłem uśmiechnięty. Ale chciałem zrozumieć głębiej. Zacząłem słuchać, co mówią koledzy, rodzina. To była różnica między Japonią a Polską. Tam mało mówi się o polityce przy stole, a tu codziennie, przy każdej okazji.

Elena Rozbicka (ur. 1956, USA)

Pamiętam 1 maja, to musiało być w 1989 roku. Chodziłam po Nowym Świecie z córką, była w wózku, na którym zahaczyłam dwie biało-czerwone flagi polskie. Potem jacyś anarchiści rozdawali ulotki. Byli to fajni, młodzi, uśmiechnięci ludzie. Od razu zobaczyłam przed sobą biegnących zomowców, rzucili gaz. Nie wiedziałam dlaczego, być może działo się dalej coś, czego nie widziałam. Musiałam z córką uciekać, doszłam do rogu Nowego Światu i Alej Jerozolimskich. Tam był wtedy jakiś klub dziennikarza, schroniłam się, bo już było zbyt niebezpiecznie. I tam spotkałam Jerzego Urbana , poznałam go z telewizji. Dałam mu polską flagę, którą on podpisał. Do dzisiaj mam ten autograf. To było śmieszne… Potem, jak były wybory, to naprawdę nie do wiary… Te plakaty z Garym Cooperem  – fajne. Polacy mają naprawdę dobrą wizualną sztukę agitacyjną, to zawsze mi imponowało. Te czasy były naprawdę ciekawe. A robi się coraz bardziej ciekawie. Lubię tutaj być. Warszawa jest moim domem, ale chyba zawsze będę tu obca.

ROZDZIAŁ: SWÓJ CZY OBCY

Akos Engelmayer (ur. 1938, Węgry)

Przed 1970 rokiem mieszkaliśmy na warszawskiej Pradze i byłem tłumaczem nieżyjącego już, późniejszego reżysera generalnego Teatru Narodowego w Budapeszcie, Ferenca Síka . Byliśmy w teatrze na sztuce Hanuszkiewicza Kolumbowie. Ponieważ mieszkałem na Pradze, to powiedziałem: „Stary, to ja ci pokażę” i poszliśmy do restauracji „Wisła”, takiej największej mordowni w całej Warszawie, naprzeciwko bazaru Różyckiego. Wchodzimy, usiedliśmy, wzięliśmy wódeczkę, a jakże. Nagle podchodzi bardzo poważny starszy pan, z taką wielką teczką (wyglądał na głównego księgowego), „na lekko” – nie pijany, ale w dobrym humorze, w towarzystwie pulchnej blondynki wiadomego zawodu. Nie było miejsc, więc spytał, czy mogą się dosiąść. Proszę bardzo. Usiedli. W pewnym momencie główny księgowy się zorientował, że nie jesteśmy Polakami. Zapytał, kim jesteśmy. Ja mówię, że Węgrami. Wtedy krzyknął: „Zosiu, słyszysz? Bratankowie! Pokaż im piersi! Bo, panowie, ma piękne…”. Zosia nie pokazała, ale ten jego gest był genialny.

Zapraszamy do odsłuchania fragmentów relacji.